noBODY's perfect

Zacznę od ciała. "BODY/CIAŁO" Małgorzaty Szumowskiej to wg mnie doskonały film. Sama reżyserka, która jak mówi w wywiadach "lubi odzierać", robi to po mistrzowsku. Jest dla mnie perłą wśród skomercjalizowanych artystów, lecących na kasę, poddających się różnym układom. Nie próbuje nam wciskać "ściankowych" aktorów, którzy sprzedają okładki i mogą gwarantować oglądalność. Ona poszukuje, odkrywa, inspiruje się nawet filmikami z Lidla i konsekwentnie idzie własną drogą. Za to love Gośkę (i oczywiście za styl szeroko pojęty!;).
Obejrzałam ten film w sali wypełnionej po brzegi (!), mniemam więc, że większość z Was już jest po projekcji. Macie pewnie swoje odczucia i refleksje. Ale ja nie omieszkam podzielić się swoimi;).

O znaczeniu pierwszej sceny i ostatniej, tudzież o innych bardziej fachowych spostrzeżeniach możecie przeczytać w profesjonalnych recenzjach.
Jako zwykła osoba, robiąca zakupy w Biedronce zwróciłam uwagę na to, iż w końcu nikt nie próbuje mi wciskać kitu o designie rodem z "Ugotowanych", wiecznej młodości i dostatniości.
Sam prokurator jeździ autem z parującymi szybami (znacie to z autopsji?;), chata jak to w bloku...
A postacie? "Mordy kochane" - chciałoby się wykrzyknąć - w końcu c h a r a k t e r y s t y c z n e twarze, coś wyrażające, chociażby ból, wściekłość lub apatię. Cóż za wspaniała odmiana od instagramowych dziubków.
Janusz Gajos - mistrz. tu wszelkie słowa wydają się zbędne.
Maja Ostaszewska jako pani Ania - doskonała (tysiące wykrzykników;).
Nie ukrywam, że w scenach z Fredem zobaczyłam siebie;).

Wszystko w tym filmie wydało mi się tak znajome i swojskie: ton głosu pań pracujących w szpitalu (w małym miasteczku taki ton jest obowiązkowy w każdej instytucji państwowej), osiedlowy sklep, ciuchy z lumpexu (mój mąż powiedział, że ktoś na potrzeby filmu wynalazł cudowne ciuchy - lumpex jak ta lala;), jedzenie na talerzu, szowinistyczne teksty lekarzy i odsyłanie na wizyty prywatne.
Dzięki temu jedzeniu na talerzu pomyślałam o wspaniałych kadrach, których autorem jest Michał Englert. Np. pani Ania pryskająca kwiatki stojąca na przeszklonym balkonie, zmiksowane kromki z dżemem i z makaronem.
Wszystko to stworzyło "surowy" obraz, właściwie odarty i co najważniejsze - nie dający żadnej odpowiedzi podanej na talerzu.
A jakie są Wasze refleksje po obejrzeniu tego filmu?

źródło: http://culture.pl/pl/artykul/bodycialo-na-berlinale

Dziwnym trafem;) film wzbudził we mnie refleksję o lumpeksach i o ciuchach w ogóle.
Pisząc szczerze lubię sh nie tylko za to, iż można znaleźć tam coś niepowtarzalnego i taniego, ale także za to, iż daje pewną wolność. Wolność w postaci nie myślenia za dużo o tym co mam na sobie, ile to kosztowało i jakie robi wrażenie; a co będzie jak przypalę żelazkiem, całe pranie zafarbuje się przez nabój od pióra, które dziecko pozostawiło w kieszeni, a obcas utknie w kocim łbie i się zrujnuje.
Miks sieciówkowo - lumpeksiarski pozwala mi na tyle wyrażać siebie, by mieć jeszcze fundusze na inne przyjemności życiowe nie tylko dla siebie.
Nie potrzebuję torebki za 3 tys. (dobra jakość pewnie zamknęła by się w tysiaku, a to i tak wygórowana cena;) i wątpię by większość kobiet potrzebowała takowej do szczęścia. Nie spędzamy czasu na fashion weekach, w modnych redakcjach, czy na ściankach (chyba, że wspinaczkowych).
Nie zapomnę słów s. Małgorzaty Chmielewskiej, że "za wózek kosztujący 3 tys. można przez miesiąc wyżywić afrykańską wioskę."
Nie zaglądam nikomu do portfela i nie osądzam nikogo, ale kurcze, nie dajmy się zwariować;)).

Dziś właśnie jestem cała z lumpeksu, oprócz torebki, ale za to razem z butami (które przeszły mały tuning u szewca ;). Parka to jakiś stary H&M, bluza milutka z kieszeniami (!) i dżinsy cudownie opięte;).
Niby tak niewiele, a czuję się świetnie!
Poza tym wiosna:D




Buziaki kochani:*