Pappardelle.


Wesela...już co raz rzadziej na nie chadzam. W mojej grupie wiekowej częściej zdarzają się pogrzeby, chrzciny i dwucyfrowe rocznice ślubu.
Przed wyjazdem na urlop miałam okazję bawić się na weselu; pogadać z osobami, z którymi normalnie komunikuję się raz na rok, a może i na kilka lat. Był nawet jeden typowy Szkot - postury nieokazałej, w rudej poświacie lekko kręconych włosów z piegami na policzkach. Jego j. angielski kojarzył mi się z "Misiem", ale zdołałam wymienić z nim parę uwag natury neutralnej: praca (on - architekt, ja- min. fryzjerka), blogi, nowoczesna architektura, bogaci klienci, którzy nigdy nie mówią "dziękuję" (to jego - bo ja mam klientów "średnia krajowa biedronkowa" - oni mówią dziękuję).
Jak już wspomniałam rzadko chadzam na takie imprezy, więc i moja szafa nie jest zasobna w kreacje weselne. Zresztą, postanowiłam, że teraz moja kreacja weselna będzie miała dłuższe życie niż "jeden raz/no może dwa". Zostałam zaprzęgnięta do robienia zdjęć, dlatego musiałam postawić na wygodę.
Stąd niebieska spódnica i biała bluzka. Niebieska - jest (z)noszona.
Mąż wybił mi z głowy bluzkę w kwiaty (ach, chciałam być taka szalona!) dosyć skutecznie:
 "- Wyglądasz w niej jak moja matka."

A czy może być coś gorszego niż wyglądać jak matka prawie równolatka? Znajdzie się jeszcze parę określeń:
 - Wyglądasz jak (twoja) swoja matka.
- Wyglądasz jak Matka Polka.
 - Wyglądasz jak Matka Natura  - niczym "Babie lato" Chełmońskiego - dorodna i ciężka.

Spódnica ta lubi każdy typ obuwia letniego (oprócz kaloszy) - i tenisówki, i szpilki i sandały.
Brązowe sandały kupiłam w F&F po przecenie, są bardzo wygodne. A torbę pomogła złowić mi panna lola, gdyśmy wpadły do Mango - wisiała ostatnia, a bystry Lolek ją wypatrzył i capnął. Mam więc trzy duże torby w kolorze: białym, czarnym i brązowym.
Koszulkę kupiłam w H&M, też korzystając z przeceny (całe 10 zł), a takich nigdy nie za wiele. Wygrała z jakimś kwiecistym kombinezonem, który rzucał się w oczy tuż przy wejściu. Ja wiem, że to tylko 20 zł, ale czy nosiłabym go za rok?;)
Zresztą, dobrze zrobiłam, bo wertując w Empiku poradnik jakiejś francuskiej stylistki, natrafiłam na poradę, żeby nie kupować na przecenach tego co krzyczy do nas już od samego wejścia - są to rzeczy z reguły sezonowe. Lepiej przemyśleć i kupić coś co będzie pasować do naszej garderoby idealnie.




Z dobrych rzeczy to MUSZĘ Wam napisać o dwóch kosmetykach do włosów. A wiecie, że w tym temacie jestem niezawisła (cóż, żadna marka jeszcze nie zastukała do mych drzwi;).
Przyznam się, że obecnie największą radość sprawiają mi zakupy w hurtowni fryzjerskiej: a to nowy grzebień, szczotka, farba, stylizator itd.
Ponieważ włosy mi rosną, urlop mam za sobą, szukałam dla swojej falowanej fryzury nawilżającego szamponu. Natrafiłam na absolutną rewelację - szampon Ha Essence Aquatic. Zawiera on kwas hialuronowy, który jest cukrem złożonym odpowiadającym za wiązanie wody, tym samym dba o utrzymanie nawilżenia. Cena przystępna - około 8 zł.
Moim drugim absolutnym hitem jest pianka utrwalająca, zwiększająca objętość włosów - Joanna. Kiedy pierwszy raz jej użyłam zszokował mnie natychmiastowy efekt - czułam się jakbym miała szopę na głowie - pappardelle;).



Teraz chcę napisać o czymś z czym mam mały problem...
Czy macie tak czasami, że wszyscy chwalą jakąś rzecz (książkę, film) coś co jest absolutnie uznawane, w niektórych kręgach; a wy się zmierzacie z tematem i no, kurcze, nie podoba się. Kiedyś sobie myślałam: może nie dorosłam, może jestem za głupia i takie tam dołowanie siebie.
Miałam tak z "Wojną polsko - ruską" Masłowskiej - dwa razy robiłam podejście i nie mogłam przebrnąć nawet przez jedną stronę.
Z jaką ulgą przeczytałam ostatnio, że ten sam problem miał prof. Miodek;).

Od czasów "Wojny polsko - ruskiej" dorosłam;) i już nie biczuję siebie mentalnie, za własną opinię i osobiste odczucia. Czas goni i jest mi go szkoda na wszystko co mnie nie wciąga, nie pasjonuje.

Do połowy przeczytałam "To nie są moje wielbłądy" Aleksandry Boćkowskiej i rozczarowałam się.
To fakt, że widać ogrom pracy włożonej w tę publikację przez autorkę, lecz dla mnie książka jest napisana zbyt chaotycznie - co jakiś czas musiałam wracać do początku wersu, bo nie wiedziałam o kim właściwie mowa o Hoff, a może o Grabowskiej? Czuć było, że to nie są wielbłądy autorki. Książka napisana z dystansem, niczym praca magisterska (wiem, wiem, że to reportaż).
Czytałam pochlebne recenzje tej książki tu i tu, zachęcam do wyrobienia własnego zdania na ten temat - w razie czego oddam książkę za darmo;).
Ja się przemęczyłam do połowy, a później zrobiłam sobie kawę - lurę, wzięłam do ręki dwa biszkopty, przekartkowałam do końca, zatrzymując się na dłużej przy TYCH wielbłądach. Uffff.

Z radością wyszłam na spotkanie z serią książek dla młodzieży Jacqueline Wilson - pisarkę poleciła mi panna lola. To dopiero uczta! Przeczytałam już "Najlepsze przyjaciółki", gdzie występuje pies Szalony Szczekacz (mój Boniu też uwielbia szczekać;), chłopak o przezwisku Herbatnik, nerwowa mama i kochany dziadek. Do tego cudowne rysunki - prawdziwa uczta:).
Wypożyczyłam też "Dziennik Cwaniaczka" i jakież było moje zdziwienie, kiedy mój młodszy syn, który normalnie w roku szkolnym płacze przy lekturach, świsnął mi tę książkę i ją podczytuje - w wakacje!
Najczęściej wpada rano, gramoli się do łózka (w naszym wypadku wielki materac) i mi ją czyta na głos.
Jak na mój gust, książka zawiera zbyt dużo "dziwnych" pomysłów, jak np. ten, kiedy brat Cwaniaczka, na początku wakacji, zasłonił rolety, później obudził Cwaniaczka informując go, że przespał wakacje i musi już wstawać do szkoły. O 3 nad ranem tato zastał go na miską płatków z mlekiem i się zapytał co robi...;D

Panna Lola poleciła mi także radiowy wywiad z Małgorzatą Musierowicz - prawdziwa gratka!


Świat dziecka jest przepiękny:)