Srebrna łyżeczka







  Świat bez poezji byłby nudny, nadęty, płaski, praktyczny. To tak jakby miało nagle zabraknąć motyli, rudzików, truskawek, babiego lata. Bez tego da się żyć, ale co to za życie?
Wiosna w tym roku wkroczyła pewnym krokiem na scenę; brzęczące pszczoły, zagubione trzmiele w polu, przeciągające się koty na trawie, sprawiły, iż przypomniały mi się wiersze Haliny Poświatowskiej.

  Pomyślałam: "Bardzo dawno nie czytałam poezji i jaką mam wielką ochotę!" Nie przeczę, że wpłynęła też na to lektura "Nic zwyczajnego" Michała Rusinka.
Książkę przyniosła mi koleżanka vel polonistka mojego syna - nie tylko obcina u mnie włosy, ale też wymieniamy się księgozbiorem.

  I tak, zabawne anegdotki z życia Wisławy Szymborskiej przeplatam jej wierszami.
Przyznam, iż musiałam dojrzeć, by pozwolić jej słowom przeniknąć mój świat.
Kojarzyła mi się z dostojeństwem, precyzją, czymś wyważonym.
Bliższe było mi emocjonalne "rozbuchanie" w stylu Haliny Poświatowskiej.

  Michał Rusinek ukazał noblistkę jako kobietę ironiczną, delikatną, z niesamowitym poczuciem humoru, jak ja to nazywam "zakamuflowanym"; czyli bez przekleństw (słyszałam, że gdy jakiś żart nie działa wystarczy przekląć) i "z podkładanym śmiechem".

  Zapamiętałam następującą anegdotkę (Szymborska uwielbiała żarty), którą mam chęć wykorzystać podczas Świąt Wielkanocnych: kupić w sklepie z kuriozami sztuczne muchy i udekorować nimi masełko ;).
Podobał mi się też sposób pozbycia gości, którzy za długo siedzą. Wystarczy powiedzieć: "Nie zatrzymuję..."
  Utkwiła mi w pamięci także historyjka związana z Mironem Białoszewskim. Pamiętacie ze szkoły jego wiersze? Z koleżankami i kolegami nieźle się z nich nabijaliśmy - strasznie nas śmieszyły.
Otóż, Wisława Szymborska była na jego spotkaniu autorskim, gdzie poeta czytał swoje wiersze. Była jedyną osobą, która się zaśmiała, a i tak ją uciszono.
Na koniec mistrz jej podziękował za ten śmiech.

  Książka aż skrzy się od uroczych anegdotek; ukazuje jak wspaniale Szymborska postrzegała zwyczajność.



  Nie wiem czy pod wpływem poezji... zachciało mi się ubrać bardziej kobieco, w spódniczkę, nawet wyciągnęłam z pudełka wiszące, srebrne kolczyki i takiż zegarek (przecież nie cierpię biżuterii!) i apaszkę.
Wiele razy przymierzałam się do srebrnego odzienia. Ze srebrem mam dobre skojarzenia:
gwiazdy,
sztućce,
papierek od cukierka,
srebrne zęby.

U mnie nie zęby, ale spódnica i baleriny. Wszystko H&M, płaszcz i niedawno upolowany koszyk (z którego jestem bardzo dumna) - lumpex.

Miłego zapiąteczku życzę :*