Znowu krwawią mi stopy ;)





  Jest, jest, jest! Krzyczało we mnie, gdym chwyciła w dłoń wiosenne wydanie "Przekroju", a że słoniem nie jestem (jedyne zwierzę, które nie umie podskakiwać), hopsnęłam dwa razy w galopie do auta.
I to by było na tyle ze spalania kalorii, bowiem przykuta do łóżka gazetą zamarłam na dobre 2 godz., zostawiając nieogarnięty ogródek i parę innych rzeczy.

  Teraz zamarłam z laptopem, by zmobilizować Was do galopu po nowy "Przekrój" oraz zrelacjonować wczorajsze spotkanie autorskie z Joanną Bator.
Przyznam się, iż z napisanych przez nią książek przeczytałam tylko te dotyczące Japonii. Zaczęłam czytać kiedyś "Piaskową Górę", zrezygnowałam po paru stronach, ponieważ od jakiegoś czasu nie wychodzi mi na zdrowie wgryzanie się w tzw. literaturę o potwornościach, gdyż dosłownie odczuwam somatyczne objawy związane z lękiem, "ciemną stroną mocy".

  Spodziewałam się tłumów, wyobrażałam sobie, że cichcem usiądę w kąciku, będę słuchać, robić zdjęcia i chłonąć atmosferę. Tłumów nie było, a wylądowałam w samym środku sali przy stole z koleżanką, która pracuje w bibliotece, dyrektorką biblioteki i burmistrzem miasta. Ogólnie luz, bo staram się traktować wszystkich jednakowo i dobrze się czuć w każdym towarzystwie.
  Po piętnastu minutach spotkania, domyśliłam się czemu tak mało ludzi przyszło. To są moje osobiste spostrzeżenia z perspektywy zwykłego człowieka (nie - dziennikarza, nie - bibliotekarki, nie - burmistrza, dyrektorki zrzeszenia tego czy owego), może tylko trochę świrniętego na punkcie literatury.

  Spotkanie prowadziła dyrektorka stowarzyszeń bibliotek (czy jakoś tak), skądinąd bardzo sympatyczna pani. I tu pojawia się "ale".
Ale na Boga, dlaczego pani prowadząca gada więcej od znakomitego gościa. Recytuje bibliografię, nagrody i w którym roku zostały przyznane. Sama zadaje pytania typu: "Którą nagrodę ceni sobie pani najbardziej?"
  Przypomina mi to lekcje j. polskiego na poziomie podstawówki i typowy życiorys pisarza; data urodzenia i śmierci. Nudy, nudy, nudy.
A już rozkminianie dzieła literackiego, okoliczności jego powstawania, wałkowanie, rozciąganie, analizowanie przyprawiało mnie o drżenie, przypomina powracające jak bumerang podczas analizy wiersza "co autor miał na myśli?".
To tak jakby zapytać Andrzeja Bursę: "Szanowny Panie, co miałeś na myśli pisząc na dnie piekła/ ludzie gotują kiszoną kapustę/ i płodzą dzieci?" lub wymagać od Kandinsky' ego, aby tłumaczył abstrakcję.

  Po co przychodzę na takie spotkania?
Chcę dowiedzieć się czegoś o autorze. Np. gdzie kupiła takie fajne buty i bluzę (serio mnie to interesowało, p. Joanna była świetnie ubrana), co aktualnie czyta (okazało się, że kiedy pisze mało czyta, ostatnio przeczytała "Małe życie" i miała mieszane uczucia). Oczekuję rozmowy, żartu, sytuacji.

  Na szczęście osobowość p. Joanny przebiła wszelakie niedogodności.
Piękna kobieta, szczera, cierpliwa (!;), promieniująca jakąś wewnętrzną tajemnicą.
Być może nie wiecie, że:
Lubi książki, które mają skazę.
Ostatnio traci czas na oglądanie memów.
Ma potrzebę współpracy z innymi artystami, bo praca pisarza jest samotna.
Żałuje, że nie nauczyła się porządnie japońskiego oraz gry na jakimś instrumencie.
Uważa za potworność, że ludzie przywiązują tak dużą wagę do przewodu pokarmowego.

  Zdarza się często, że najciekawszych rzeczy dowiadujemy się "między płaszczami" czyli w przelocie, gdy prawie już wychodzimy.
Zapytałam się o jej stosunek do selfie (wiem, że niektórzy tego nie cierpią, uważając iż ktoś chce "na nich robić fejm"), uśmiechnęła się i powiedziała, że ona nie ma nic przeciwko temu, a Olga (Tokarczuk?) tego nie lubi (hehe ciekawe...)
Po czym zapytałam się o jej dom pod Warszawą (i uwaga - 25km od Warszawy - to nie wieś); wiem z pewnego wywiadu o jej chęci zapuszczania korzeni, natomiast podczas spotkania wygadała się, że nową książkę będzie pisać w Japonii.
Okazało się, że to złe pytanie było... bardzo złe.
Moją konsternację (chyba mam talent do zadawania złych pytań) rozbroiła uroczym uśmiechem. Och, to chochlik jeden;).

  Mimo tej całej skostniałej otoczki wyszłam ze spotka z Joanną Bator z uczuciem, że o to coś bardzo dobrego i ciekawego się zdarzyło w moim życiu. Trudno to oddać w słowach.




  Gdybym miała wybierać między modą, a książkami, wybrałabym książki.
Na razie nie jestem zmuszona do tak tragicznych posunięć i mogę godzić obydwie dziedziny.
Zauważyłam ostatnio u siebie wzrost zainteresowania falbanami i kwiatami na odzieniu, w sensie - wzór.
Na razie więc, nieśmiało powiewająca szara falbanka w okolicach biustu, bomber pożyczony od syna (ha! to jest plus z posiadania syna nastolatka) i luzackie spodnie na kancik.

  A na koniec piekielnie aktualny cytat Barbary Hoff (nowy "Przekrój").


Może przywitać wiosnę tańcząc w gaciach i szlafroczku jak Beyonce?;D