Dziewczyna w skorupie


 Łaaaaa  - Frankenstein!!!




  Czasami mam wrażenie, że ciało jest skorupą, a w niej mieszka dziewczynka. Skorupa pod wpływem upływającego czasu zmienia się: marszczy, wiotczeje, oczy zapadają się i pojawia się w nich coś dziwnego - jakaś mgła; nie są już tak przejrzyste jak w wieku 12 lat.
  Dziewczynka też się zmienia. Nazywają ją nastolatką (nagle rodzina dostrzega, że rosną jej piersi i musi nosić kostium dwuczęściowy), dziewczyną, później kobietą (to rzadkość, bo dziś nawet na 40-latki mówi się "dziewczyno").
Ma w sobie coś z matrioszki - wewnątrz zawsze będzie to najmniejsze (najważniejsze, bo większe klony są podobne do niej), niezmienne, co ukształtowało się w pierwszych latach życia.
  Mogą mnie przebrać w kostium: marynarka, przylegająca spódnica, pończochy, szpilki. Po godzinie już będę kombinować jak to zrzucić z siebie. Obcasy, kręcenie tyłkiem bawią mnie na zasadzie "poudaję kogoś innego - to takie zabawne". Fajnie na chwilę stać się kimś innym, nie powiem, od czasu do czasu odczuwam taką potrzebę urozmaicenia swojego wizerunku.
  Jednak zawsze powracać będę do najmniejszej matrioszki biegającej w dżinsach po drzewach, paradującej w ciuchach matki, albo siostry, dziwnie za dużych, albo niedbale podwiniętych.
Potem do nastolatki uciekającej w świat książek, która zamyka się w swoim pokoju i wychodzi, by nie zwariować.
  Są momenty kiedy przez skorupę dociera, że być może nie będzie więcej warstw matrioszek. Zmiana pokoleń. Bo oto po ulicy śmigają młodzi, których babcie nie przeżyły mroków wojny, co najwyżej stały w kolejce po papier toaletowy. Ci młodzi nie kojarzą koszulki AC/DC z zespołem metalowym, tylko z najnowszym trendem modowym panującym na instagramie. Tak samo nie widzą nic zdrożnego w stylizacji młodzika, która kojarzy się z hitler jugend (pisze o tym Michał Zaczyński ).
  Może to niedobór historii ( w takim razie polecam dokument "Nazi concentration camps" dostępny na Netflix'sie), a może brak związku emocjonalnego z kimś (babcią, dziadkiem, pradziadkiem) bliskim, by to stało się bardziej realne, namacalne.
  Czasu się nie zatrzyma, a to on sprawia, iż wszystko co odległe pokrywa się patyną, ucieka poza zasięg oczu, pamięci.
   Na szczęście mamy luksus podróżowania w sobie.
Donna Tartt po raz kolejny spowodowała otwieranie się we mnie kolejnych zapadni do świata dzieciństwa.
Nikt jak ona nie potrafi wniknąć w dziecięcy świat, pełen tajemnic, mroku, rozpaczy, rodziców, którzy snują się jak duchy obarczone codziennością nie do zniesienia. Dzieci, które dotykają zła, tracą bliskich, odkrywają różnice między sobą.
  To ciekawe, że w literaturze lubimy postacie, których byśmy unikali w realnym życiu.
"Mały przyjaciel" skupia się na dziewczynce o imieniu Harriet - u większości rodziny nie budzi ciepłych uczuć, ale jako postać literacka jest arcyciekawa. Lubię ją i podziwiam.

  Haly!  Wiecznie zajęty, żył w przyjaznym, kolorowym świecie. Wszystko było tam jasne i nowoczesne. Chipsy kukurydziane, ping-pong, magnetofony, napoje gazowane... Matka ubrana w T-shirt i krótkie dżinsy biegała boso po miękkiej wykładzinie. W domu unosił się świeży, cytrynowy zapach. U Harriet panowała ciężka, przygnębiająca atmosfera. Pokoje wypełniał duszący zapach wspomnień, starych ubrań i kurzu.
Hely jadł na kolację tacos, a w przyszłym roku miał chodzić do klasy pani Erlichson. Co go obchodził jej lęk i samotność? Co wiedział o jej świecie?


  Jeśli chodzi o ubranie, to tak jakbym wróciła do czasów nastoletnich - duży sweter, pod spodem sukienka w łączkę, tylko buty inne (kiedyś tenisówki albo trepy, nie było jeszcze botków obszytych cekinami).
Co z tego, że skorupa starsza, mi to nie przeszkadza. Nikt nie wytyka małym dziewczynkom, że mają ciuchy łudząco podobne do tych maminych; różnią się tylko rozmiarem...czasami kolorem - te mniejsze są w większości różowe;).
Tak jak kiedyś - swetrzysko i sukienka z sh - pod tym względem też mało się zmieniło;).

Trzymajcie się dziewczyny!:))