Ładne po mojemu



Dobrze, że na drugim miejscu jest "czcionka";)

  Słowo "ładny" ma w sobie coś gładkiego, okrągłego, błyszczącego i... nijakiego, coś jak "fajny".
Wygląda niegroźnie, ale to tylko pozory; zboczeńcy najczęściej są miłymi panami, lubianymi przez "wszystkich".
W życiu feminime słowo owe pojawia się dość często, nawet jak nie wprost to unosi się gdzieś podczas rodzinnych rozmów, ciotkowych spojrzeń, matczynych westchnień.
Taki klimat rodziny Joanny z "Błękitnego zamku" L.M. Montgomery.
Oblicze ładnej wyznacza lalka będąca it lalką danej epoki. W PRL-u miały normalne kształty, włosy na kalafior - żółty blond lub kasztan; później nastała epoka barbie. Dzisiejszą it lalką jest Kim Kardashian; po czym to poznaję? It lalki mają rzesze naśladowczyń, obecnie możesz je zobaczyć na instagramie lub pintereście.
  Dziewczyny chcą sprostać wymaganiom, nie widzą wartości w byciu wyjątkową, oryginalną osobą.
Bo takowa kojarzy się z bocznym torem, niszą, pryszczatą okularnicą spoglądającą z przestrachem spod okularów nie mogącą pochwalić się milionem lajków i bilionem fanów.

  Kiedyś sama popadałam w takie pułapki. Nie będąc w dzieciństwie blond aniołem, ani czarnooką księżniczką tylko zwykłą dziewczyną w dżinsach z piegowatą buzią, miałam wrażenie, że wciąż ze mną coś nie tak. Nie zasługiwałam na miano "ładna". Później odkryłam, że choćbym się przysłowiowo zesrała, nigdy bym taka nie była.
I dobrze, dzięki temu ominęło mnie wycinanie żeber, botoksowanie twarzy, przymus robienia maślanych oczu, doczepiania włosia w różne miejsca, stosowania diet zmieniających rysy twarzy.

  Jestem ładna, nawet piękna dla siebie  - i to mi wystarczy. Wszelkie komplementy od innych lubię i doceniam, zwłaszcza jak płyną z głębi trzewi. Gdybym jako duch miała możliwość obserwowania swojego pogrzebu (któż z nas nie snuł takich wyobrażeń?;), od gości pochylających się nad otwartą trumną wlałabym słyszeć: "a takim dobrym człowiekiem była" albo "szkoda, będzie nam jej brakowało" od "a taka ładna była".

Owszem, maluję się, zwracam uwagę na ubiór i fryzurę. Potrzebuję tego by czuć się dobrze, ale akceptuję upływ czasu, choć czasami mam ochotę wygładzić sobie buzię w PS, wybieram do publikacji najładniejsze zdjęcia -  to podciągam to pod kobiecą próżność;).

   Tęsknota, tęsknota za naturalnym pięknem spowodowała, że właśnie tak zaczęłam ten post.
Jeśli miałabym wskazać ikonę mody, której styl odpowiada mi w 100% byłaby to Lauren Hutton.
Podzielam jej słabość do trenczy, marynarek, obuwia sportowego, jasnych kolorów, dżinsów, prostych podkoszulków. Podoba mi się jej fryzura, która nieznacznie zmieniała się na przestrzeni lat - jednak bardzo naturalna, adekwatna do falowanych włosów, jakby sama układająca się. Lubię jej uśmiech i dobrą energię bijącą z jej twarzy. Zmarszczki pojawiające się wraz z kolejnymi latami sprawiają, że jest autentyczna i cały czas zachowuje swoją oryginalną urodę.
Nie dziwię się, że określono ją mianem " najpiękniej starzejącą się kobietą"  - dla mnie jest inspiracją.


   Być może moje myśli zboczyły na ten tor, po przeczytaniu ostatniego numeru "Sensu". Sporo tam o wirtualnym życiu, klikaniu, asertywności w sieci. Dało mi to wiele do myślenia. Sama widzę, że zapędzam się wchodząc kilka razy dziennie na instagram, chociaż zaczyna mnie to męczyć. Klikam bezmyślnie, szybko, bez wgłębiania się w treść (jeśli takowa jest;). Czasami sama nie wiem czego tam szukam.
  Uwielbiam czas przeznaczony na spacer z psem - nie biorę ze sobą smartfona. Zdarza mi się też zapomnieć komóry gdy jadę coś załatwić, najpierw jest chwila paniki, później ulga. Nie mam internetu w telefonie, dzięki temu nie ulegam pokusie kompulsywnego zerkania na ekran. W poczekalni czytam książkę albo rozmawiam z ludźmi. Sygnał przychodzących powiadomień z fb, pinta mam wyłączony.
Dziś rano gdy odwoziłam dzieci do szkoły widziałam dwoje szkolniaków idących z nosem w małym ekraniku. Głowa nisko, brak kontaktu z realnym światem.
Lubię internet, ale nie chcę mu oddać władzy nad sobą.



 A co jeszcze w nowym "Sensie"? Chciałam napisać "fajny";), a niech będzie ciekawy wywiad z Mają Ostaszewską. Bardzo ją lubię jako aktorkę, człowieka. Podoba mi się jej styl i sposób bycia. Delikatna, z poczuciem humoru, a jednocześnie stanowcza. Lubię też rozważania Grażyny Torbickiej o filmach, poza tym masa dobrych felietonów.

  A do tego pyszny placek - przepis dostałam od koleżanki. Przypomina mi placki na modłę afrykańską podawane w kafejce "Pożegnanie z Afryką" oraz własnoręcznie wykonywany w dzieciństwie blok czekoladowy na bazie mleka. Polecam - pyszności!

Przepis:

Spód - 220 g herbatników zblendowanych z roztopionym masłem (110g) zapiekamy 20 min. w okrągłej formie nastawiając piekarnik na 200 stop.

Gdy wystygnie dajemy na niego masę czekoladową:

4 czubate łyżki masła orzechowego
1/2 szkl. pokrojonych suszonych daktyli lub śliwek
2 czubate łyżki śmietanki kokosowej (gęstej części mleka kokosowego) lub 4 łyżki mleka
2 czubate łyżki kakao
Zblendować!

Solony karmel:
 1/4 szkl. dowolnego słodu (dałam syrop klonowy) Zagotować do skarmelizowania, później dodać:
4 łyżki gęstej części mleka kokosowego
1/2 łyżeczki soli

Po wyłożeniu na spód herbatnikowy masy czekoladowej, fantazyjnie polewamy karmelem. Karmel można pominąć i udekorować czymkolwiek, wg fantazji. W drugiej wersji dałam na masę płatki migdałowe i wiórki kokosowe. Placek ładnie wygląda przystrojony kwiatami - najlepiej jadalnymi;).
Aha, ciasto najlepiej zrobić wieczorem - musi stać w lodówce całą noc;).

Smacznego:)