Lniana opowieść







  Ostatni wpadło mi w oko albo w ucho zdanie, że wzruszenie nie jest przyjemne i coś w tym jest.
Jakaś gula w gardle, mokre oczy, fala wspomnień lub chwila, której odejście uwiera.
Przy jakich książkach doświadczam tego dyskomfortu? Najczęściej przy tych dla dzieci starszych i młodszych; paradoksalnie mam do tej literatury nabożny stosunek niczym do poezji.
Powieści dla dorosłych to krew, pot, łzy, romans, absurd, dreszcze i kulisy tajemnicy, która zazwyczaj bywa mroczna. Ta dziecięca niesie nadzieję, jest świetlista.

  Po mrokach "Roku królika" postanowiłam rozświetlić wyobraźnię książką Marcina Szczygielskiego "Arka Czasu", "niestety" funduje mi ona dużo wzruszeń.
Pierwsze było po przeczytaniu słowa "Dziadzio"; Kiedyś miałam dziadzia najwspanialszego pod moim niebem, ale jak napisane jest w książce istnieje Kiedyś co było i Kiedyś co będzie. Mój dziadzio podobnie jak ten z "Arki Czasu" przeżył wojnę.
  Zawsze uważam żeby zbyt wiele nie zdradzić o książce, bo to największa frajda odkrywać samemu.
Po okładce domyślałam się o czym mniej więcej będzie i tylko tyle. Trochę się bałam, że będzie typową książką dla chłopców (wybaczcie uproszczenie) na szczęście spotkało mnie pozytywne rozczarowanie.
  W "Czarownicy piętro niżej" M. Szczygielski udowodnił, że potrafi rozśmieszyć czytelnika, w "Arce ..." pokazał niesamowitą wrażliwość i znajomość dziecięcego świata.
Mam wrażenie jakby uczył szacunku do przedmiotów, do tego co mamy, lub na czym możemy poprzestać.

  Czytając rozmaite publikacje zauważałam, iż coraz częściej pojawiają się artykuły o życiu offline.
Oprócz szyi esemesowej (określenie śmieszne, aczkolwiek przypadłość może utrudnić rozglądanie się na boki;) można się uzależnić od chodzenia ze smartfonem do kibla, nabawić się lęku FOMO.

  Czyż nie jest tak, że czujemy się po prostu zmęczeni tym wszystkim co przyniósł internet?
Nie myślcie, że stałam się nagle przeciwniczką neta i piszę o tym na blogu;)).
Zastanawiam się czemu jeszcze rok temu nie odczuwałam takiej potrzeby wylogowania się z sieci, przecież nie śledzę portali informacyjnych i oglądam wiadomości w telewizji.
I tak odczuwam przesyt bodźców.
Planuję urlopowy tydzień offline, ba! nie mogę się go doczekać!

  Kiedyś obiecałam sobie, że będę publikować post mniej więcej raz na tydzień, min. dlatego by zaoszczędzić sobie emocji (dla mnie to zawsze są emocje). Po dwóch dniach od publikacji moje zainteresowanie, "jaranie się sobą" spada niemal do zera i mam wolną głowę. Po tygodniu zazwyczaj odczuwam palącą potrzebę napisania czegoś - i tak to się kręci;).

  Świat pędzi, a ludzie coraz częściej szukają równowagi, powracają do tego co było kiedyś.
Spróbowało się nowości, ale stwierdza się, że to stare było lepsze.
Kiedyś piłam kawę rozpuszczalną (ach, te reklamy z dymkiem aromatu unoszącego się z czerwonego kubka!), niby szybko... lecz kwaśno i mało wali; potem nastał etap caffe latte - pianki, śmietanki itd.
Od dłuższego czasu piję kawę z kawiarki, ostatnio przemyśliwałam o młynku do kawy (pamiętam z dzieciństwa taki sraczkowaty z czerwonym przyciskiem - ciocia mieliła kawę i pachniało w całym mieszkaniu) i kupiłam taki... na korbkę!
  Po co ćwiczyć z Ewą Chodakowską - wiecie ile siły trzeba włożyć w takie mielenie?;)

A co z tymi lumpeksami?
To nie jest tak, że ciągnie mnie do nich niska cena; latem np. buszuję tam ze względu materiał.
Nie zapomnę grilla w upale, a ja w sukience poliestrowej - nigdy więcej - to zła sukienka była.
  W sieciówkach te tkaniny w większości jakieś sztywne, "grube" - jak z takim czymś pojechać nad morze, złożyć do małej walizki?
Sh przyjdzie Ci z pomocą - tam lnianych i bawełnianych ciuchów od groma!;
Wszystko co dziś mam na sobie jest z sh - na upały nie ma to jak lniana, przewiewna, biała bluzka:).

  I żeby nie było, że internet jet zły, zły i zły przedstawiam i polecam "Barłóg literacki" ( to tu przeniosło się "Cappuccino z książką") i mój ulubiony odcinek z kleszczami w tle;))