Znowu paski i znowu książka





  Dobrze przeczytać, że nawet zwierzęta w swoim zabieganiu o przetrwanie troszczą się przede wszystkim o radość życia - tak jest u wiewiórek jak pisze Peter Wohlleben w książce "Duchowe życie zwierząt". 
  Tak, tak i u mnie przeczytacie o tej książce, ale uprzedzam nie będą same peany lub rada w stylu poratli modowych: "przyjemna lektura na urlop dla tych co lubią zwierzęta."

  W bibliotece jak rzadko nie było nic ciekawego do wypożyczenia, a może doświadczyłam jakiejś poszukiwawczej niemocy. Pognałam do księgarni naprzeciwko i kupiłam książkę tak ostatnio promowaną.
  Posłużę się truizmem: "kocham zwierzęta", no tak, ale to może powiedzieć każdy kto ma w domu kota lub nie lubi ludzi.
W domu mam psa i dwa koty, myszy nie liczę, bo trwa rotacja.
Ze światem przyrody zaczęłam się na dobre zaprzyjaźniać, gdy przeprowadziłam się na wieś.
Pierwsze dwa lata były dla mnie trudne; nie rozumiałam tutejszych ludzi, byli jacyś inni, prostolinijni, odznaczający się szczerym humorem (np. powiedzenie "U niego oprócz duszy tylko h.. i uszy"), a ponieważ uważałam się za tą z miasta bardziej oświeconą, oczekiwałam, że to oni powinni pierwsi przyjść i chcieć się zaprzyjaźniać.
  Teraz się z siebie śmieję, nie rozumiałam prostej zasady dotyczącej tego, iż przybysz dostosowuje się do zwyczajów tubylców, a nie próbuje wszystkich nagiąć do siebie - tak jest o wiele lepiej;).

  Te pierwsze dwa lata były naznaczone samotnością, raz że przy każdej przeprowadzce traci się znajomych dawnych, a pozyskanie nowych trochę trwa.
Owe lata spędziłam w towarzystwie Bonia (mojego kochanego psa) i parchatego kota Bazyla, którego goście bali się głaskać, a i ja czasami musiałam pokonywać obrzydzenie.
Przyroda, ptaki, okazjonalnie ukazująca się dzika zwierzyna dawały mi ukojenie i dzięki nim tak naprawdę nigdy nie czułam się sama. Dzień za dniem odkrywałam ich empatię, wrażliwość i poznawałam reguły rządzące ich życiem. I tak jak kiedyś wydarzeniem dla mnie było  wyrwać się do Wrocławia, tak teraz wydarzeniem dnia jest spacer z Boniem pośród pól i krzaków z górami w tle. Nie musiałam czytać żadnej książki, by uważność stała się dla mnie sposobem zaspokajania ciekawości i sposobem na spokój wewnętrzny, sprawiająca, że rechoczę razem z żabami.

  Chyba przez to miałam duże oczekiwania wobec tej książki, myślałam, że wtopię oczy w prozę a la Thoreau.
To o czym pisze Wohlleben jest ciekawe mniej lub bardziej. Mnie ujął rozdział o adopcji u zwierząt:

  Wróćmy jednakże do instynktów. To, czy uczucia macierzyńskie są wyzwalane przez rozkazy podświadomości, czy też przez świadomą refleksję, nie stanowi moim zdaniem jakościowej różnicy. Ostatecznie w obu przypadkach są tak samo odczuwane (!).

Lekkie rumieńce wywołał u mnie rozdział dotyczący pożądania:

  Sadomasochiści wśród zwierząt, ślimaki, w namiętnym uścisku wbijają sobie w ciało w celu stymulacji wapienne strzałki miłosne.  ;))

 Co mam do zarzucenia tej książce?
Chyba tylko tyle, że mnie nudzi i momentami męczy. Bo skoro po dwóch stronach włączam Netflixa to o czymś to świadczy. Brnę jednak dalej w nadziei natrafienia na jakąś super ciekawostkę.
Może brak skupienia powoduje to, iż książka zawiera mnóstwo rozdziałów, które nie wyczerpują tematu, albo urywają się jak gdyby w połowie. Rozdział o żałobie u zwierząt ma 2 i pół strony z czego te ostatnie pół mówi o żałobie (u jeleni); ok, rozumiem te 2 str. mogły być wprowadzeniem, ale na j. polskim uczono mnie innych proporcji.
 Nie lubię krytykować, ale nie chciałam w samych superlatywach pisać o książce tylko dlatego, iż wypada, bo taki jest trend lub co gorsza bo ją kupiłam;).

  Najlepiej samemu sobie wyrobić zdanie.

Co do odzienia to nadal lupexowo, pisałam przecież, że obłowiłam się w sukienki - no to kolejna zaliczona;).

Buziaki i miłego dnia :)