Mimicra






  Macie postanowienia noworoczne?
Pewnie nie raz słyszeliście to pytanie:). Ja zwykle nie miałam, gdyż twierdziłam, że mnie mocno ograniczają, a natura buntownika zaraz by je zbojkotowała i nic by z tego nie wyszło.
W tym roku mam jedno "chcenie" - być bardziej kobiecą.
Nie wstydzić się własnego ciała.
Nie bać się być widoczną.
Wypróbować fasony, których wcześniej sobie zakazywałam.

  To nie znaczy, że odrzucę wszystko co dotychczasowe: lumpiarstwo, abnegację, luz; raczej wzbogacę o coś, co przez wiele lat uważałam za... sama nie wiem jak to nazwać...tak bardzo chciałam być inna od mojej mamy, która epatowała kobiecością.
Niejeden następca Freuda miałby w czym podłubać, ale my się w to nie bawmy;)

   W WOE w wywiadzie z Bartłomiejem Dobroczyńskim dotyczącym polskiego karnawału, znalazłam słowo idealnie pasujące do tego, co być może było wcześniej we mnie utajone, zakopane: MIMICRA.


  Nawet na Pinterescie utworzyłam tablicę pod tym tytułem i przypinam tam zdjęcia kobiet, którymi modowo, wizerunkowo "gardziłam", bojąc się tego, czego w sobie nie akceptowałam.

  Tutaj pozwolę sobie na małą dygresję a propos polskiego karnawału.
Całkiem intuicyjnie pojęłam istotę karnawału rok temu, kiedy na bal przebierańców w mojej miejscowości postanowiłam być Marylin Monroe (pamiętacie zdjęcia sprzed roku?), postacią jakże inną ode mnie codziennej. Chociaż na jeden wieczór postanowiłam spełnić swoje marzenie, bycia seksowną kobietą, która bezkarnie kręci pupą i kusi biustem.
Niestety, wcale nie byłam taka bezkarna.
Weszłam do sali, gdzie większość ludzi miała wypożyczone, kupione stroje. Była szlachta, czarownica (to chyba jedyna mimicra, oprócz mnie;), krokodyl, ksiądz, bawarskie kobiety, pielęgniarka z więźniem.
W swoim przebraniu zaczęłam się czuć głupio, bo koleżanki spoglądały na mój biust jakoś tak potępiająco... Może należało nałożyć maskę i udawać, ze to nie ja;)).
Tekst polecam, jak i chwilową zadumę nad własną mimicrą.

  Dziś prezentuję się  w sukience, która jakimś cudem nie ma krzty poliestru. Zdążyłam ją upolować jeszcze w przed wyprzedażowym szałem w H&M. Spodobał mi się kolor, wiązanie przy szyi i to, że jest z wiskozy.
Co do wyprzedaży... skusiłam się na rajd po galerii raz, podczas gdy dzieci były w kinie.
Miałam po tym strasznego kaca i nie mam na myśli wydanych pieniędzy, bo kupiłam sobie tylko t-shirt w kropki za 14 zł i koszulki dzieciom.
Kac dotyczył tłumu, hałasu, bałaganu i wrażenia, że wszędzie to samo, nic ciekawego nie ma i zmarnowanego czasu.
Stop.
Postanowiłam spojrzeć na to jak na lekcję; nie dla mnie rajd po galerii, lepsze zakupy przez internet.
Nie dać się ogłupić w konsumenckim pędzie, gdzie marchewką jest - przecena!

  Co do lekcji i lumpeksów. Te kozaki, które mam na sobie pochodzą z sh, chwaliłam się już nimi na blogu. Otóż, odpadły mi wtedy fleki (?), za usługę u szewca zapłaciłam równowartość butów.
Ale wiecie co? Zyskałam cenną radę, którą się z Wami podzielę jeśli kupujecie buty w lumpie a chcecie długo się nimi cieszyć i nie wydawać na szewca.

Po pierwsze sprawdzamy podeszwę lekko ją wyginając jak na zdjęciu. Pęka? Nie kupować.


  Chcecie sprawdzić czy po pierwszym spacerze nie odpadną Wam fleki? Podważcie je lekko palcem. Jeśli "sypią się wióry", obcas jest miękki (buty, w sumie ich obcasy, które długo stoją ulegają zniszczeniu jakby od środka) - nie warto.


  Z kozaków jestem bardzo zadowolona, mimo iż wydałam na szewca;)).
Wiele osób je skomplementowało, nawet moja mama, co uważam za sukces;).

Wszystkiego dobrego :*