Mówię jak jest*






   Zainspirowana pierwszym wydaniem polskiego Vogue'a, postanowiłam zrobić zdjęcia komórką i parafrazując dziennikarza Maxa Kolonko pokazać Wam "jak jest"*, całą prawdę i tylko prawdę.
O swojej rzeczywistość.

Rzeczywistość powszednia: puchówka, bluza z szafy syna, szalik z wełny merynosa (prosto z Irlandii, prezent od kolegi), rury z lumpexu, lakierki z Zary jak i czapa.

Rzeczywistość balowa: koronkowa sukienka z Zalando, sandałki z Zary, srebrne kolczyki z lokalnego sklepu.

 Małe uzupełnienie: w obu wersjach czułam się wyśmienicie. Co do pierwszej to lubię łączyć sportowe elementy z "niesportowymi", nie chcę wyglądać "pańciowato".
A te koronki... w wersji ciemnego nude chodziły za mną od dawna, czyli od kiedy bardziej rozjaśniłam włosy. Koronka pod szyję, długie rękawy i długość do pół łydki - trochę odsłania i nieco zasłania. I o to chodzi i o to chodzi.



   Galopem przechodzę do książek i prasy. Tyle wspaniałych książek w zasięgu ręki, że czym prędzej chcę podzielić się tym dobrem, tym bardziej, że czas szybko gna, ja szybciej jeszcze czytam jak coś wciągnie, zarywam noce, a posty z poślizgami co tydzień.
Ale świat się nie kończy, a ja mam nadzieję, że ktoś tęskni (ot, taka mała kokieteryjka;)).

  Manuela Gretkowska " Na linii świata".
Na obwolucie książki jako zachęta w jednym zdaniu znajdują się: Houellebecq, " Black Mirror" i "Westworld". To mnie mocno zaintrygowało. Nie zawiodłam się. Jeśli Houellebecq "straszy" muzełmańską Europą, M. Gretkowska roztacza wizję pomieszania cyberprzestrzeni ze światem rzeczywistym, w sensie, że to pierwsze nas zdominuje, pożre, wessie i ...
Sami się dowiedzcie, bo warto. Moim zdaniem pisarka osiągnęła mistrzostwo w dziedzinie budowania napięcia - mnie wessało;).

Jacek Antczak "Reporterka" - jest to tak doskonała, wysublimowana rzecz, że nie wiem co napisać...
Cenię Hannę Krall, żeby nie napisać, iż wielbię itd. Ona nie lubi patosu, ja też.
Czytając rozmowy z Hanną Krall miałam wrażenie, że czytam o życiu, ale takim prawdziwym, z okna, z ulicy, a nie z instagrama, portali (przeładnione, albo odwrotnie pobrzydzone do granic - dla lajków, dla sensacji, by podbić znaczenie).
To co mówi, porusza coś co siedzi w głębi serca, współczucie, nie wiem, tajemnicę.
Skondensowane zdania, zmierzanie do "milczenia". Chęć słuchania.
Tylko jej miałabym ochotę opowiedzieć to co przekazała mi moja babcia, która była w obozie w Niemczech podczas II Wojny Światowej. I doskonale rozumiem autorkę, czemu chce by ludzie wiedzieli i pamiętali...
Na pytanie czemu nie uczestniczy i nie "relacjonuje" wielkich wydarzeń, marszy protestów, odpowiedziała, że woli boczne drogi. Podzielam, też tak mam.
"Reporterka" jest dla mnie takim małym arcydziełem.

  A propos "wielkich wydarzeń", to przejdę do wydania polskiego Vogue' a. Tyle już powiedziano o okładce. Najpierw mi się nie spodobała, bo za bardzo polityczna, a później postanowiłam podejść do tego na luzie i się pośmiać, ale takim serdecznym chichotem. Anja na ziemniakach, na kapuście, na polskim, "zdechniętym" kwietniku. Zdjęcia są dobre, w mojej, brzydkiej estetyce.
Co do treści, to zastanawiałam się nad jednym słowem, które by to określało: "siermiężność".
Wspomnienia, PRL, ale bez "mrugnięcia okiem". Zabrakło mi bareizmu, tego fruwającego, symbolicznego misia nad Pałacem Kultury.
O ile zdjęcia z sesji modowych tchną świeżością, wiosną, o tyle teksty ją rozwiewają.
Dziwne pisanie, chaotyczne... Mam wrażenie, że gdyby usunąć reklamy, mnogość przymiotników i "co ja wtedy czułem (am)" wyszłoby cienkie pisemko.

  Wiem, że Vogue to nie Przekrój, ma być lekko i przyjemnie.
Chyba poprzestanę na oglądaniu pisma w Empiku lub na stronie internetowej.

A dla Was plastikowa biedronka... nie pytajcie, tylko zwróćcie uwagę na sweterek;))
Uwaga - wpada w ucho!